Pewnego ranka wyskoczyłem z łóżka pełen energii, gotów stawić czoła światu z moim wiernym Nikonem F i Leica M2. Ale zamiast zanurzyć się w świecie pełnym piękna, intrygi i możliwości, otoczenie wydało mi się zimne, brzydkie i obojętne. Obrazy, które próbowałem tworzyć, wydawały się banalne i przesadzone, a wkrótce straciłem zaufanie do swoich umiejętności zrobienia przyzwoitego zdjęcia. Nawet słynne reputacje mojego F i M2 mnie nie zainspirowały.
Za każdym razem, gdy patrzyłem przez ich wizjery, widziałem tylko kurz na pentapryzmie i pustkę między ramkami.
Wystarczająco przygnębiony, postanowiłem zostać w domu i odłożyć swoje aparaty na półkę. I właśnie wtedy, leżąc twarzą w dół na poduszce i słuchając pierwszych taktów "Hard To Say I'm Sorry" zespołu Chicago, zdałem sobie sprawę, że faktycznie potrzebuję trochę wolnego czasu. Ale nie potrzebowałem pełnych wakacji od samego hobby; nie, to byłoby zbyt drastyczne. Potrzebowałem tylko zmiany od manualnych aparatów, które miałem na półce. Potrzebowałem prostszego aparatu i miałem przeczucie, że jeden aparat może być odpowiedni: Olympus Trip 35.
Olympus Trip 35 to aparat, o którym dużo słyszałem, ale nigdy nie miałem okazji go wypróbować. Jego reputacja łatwości obsługi i wysokiej jakości wydawała się idealnym lekarstwem na mój fotograficzny blok. A jeśli Trip 35 była receptą, to Pasadena Camera Show była apteką. Tam znalazłem pięknego Tripa 35 w absurdalnie niskiej cenie, kupiłem go i szybko schowałem do torby.
Ktoś mógłby pomyśleć, że Olympus Trip 35 będzie nie na miejscu obok legendarnych aparatów takich jak wspomniane Nikon i Leica, ale w rzeczywistości pasuje idealnie. Ten aparat, choć nie tak zdolny jak pozostałe dwa, zajmuje równie wysokie miejsce w historii fotografii. Podobnie jak F i M zdefiniowały odpowiednio gatunki SLR i dalmierzowe, Trip 35 zdefiniował grę typu point-and-shoot. Co więcej, Trip 35 sprzedał się lepiej niż Nikon F i Leica M2. To dla was, fanboye.
Olympus osiągnął te ogromne liczby, trafiając do okazjonalnych strzelców bardziej niż do profesjonalnych fotografów, koncentrując się szczególnie na nowym pokoleniu zamożnych turystów. Ci turyści, pędzący z miejsca na miejsce i z lotniska na lotnisko, nie mieli czasu ani zainteresowania, by uczyć się nudnych szczegółów fotografii potrzebnych do obsługi aparatu. Zamiast tego potrzebowali aparatu prostego w obsłudze, ale wystarczająco wyrafinowanego, by pięknie uchwycić ich wspomnienia.
Dobry design łączy estetykę z funkcjonalnością, a bogowie aparatów nie mogli wybrać lepszej firmy, by ożywić Trip 35. Dom projektowy Olympusa, świeżo po genialnym Pen F średniego formatu, znów trafił w dziesiątkę z Tripem. Design to klasyka Olympusa; z czystymi liniami i niemożliwie małym formatem, Trip nie traci czasu i przechodzi prosto do sedna. Jest tak dobrze zaprojektowany jak każda maszyna swojej epoki, a jest jeszcze bardziej imponujący, gdy przypomnimy sobie, że Trip osiągnął pełnoletność w czasach, gdy aparaty były nadal całkowicie mechaniczne, z wyjątkiem sporadycznego światłomierza na baterie. Automatyzacja wydawała się odległą (i drogą) fantazją, więc gdy Olympus stworzył prawdziwy aparat z automatyczną ekspozycją z prymitywnymi nakrętkami i śrubami, świat to zauważył. To był bez wątpienia cud inżynierii.
Trip 35 dokonuje tej magii, określając ilość światła wpadającego do ogniwa selenowego otaczającego obiektyw i wybierając odpowiednią przysłonę na podstawie tego odczytu. Aparat wybiera wtedy czas naświetlania 1/200 lub 1/40 sekundy i otrzymujemy idealną ekspozycję. Gdy aparat nie jest w stanie zrobić akceptowalnej ekspozycji, w wizjerze pojawia się mała czerwona flaga, a migawka blokuje się. Magia tego systemu polega na tym, że zabiera nam z głowy wszystkie zmartwienia związane z ekspozycją. Nie musimy martwić się o przysłonę, czas naświetlania czy nawet żywotność baterii, co jest nieocenionym darem dla turystów i amatorów fotografii.
Ale zanim go wypróbowałem, dość łatwo było kwestionować prostotę Trip 35. W końcu, jaką precyzję może mieć tak stary i prymitywny aparat? I czy obiektyw może być wystarczająco dobry dla naszych oczu XXI wieku? Wracając do domu po wystawie aparatów, z moim nowym Tripem na miejscu pasażera, te pytania krążyły mi po głowie. Naprawdę potrzebowałem, by ten aparat był przyzwoity, jeśli chciałem wyjść z mojego fotograficznego dołka.
Właśnie wtedy dostałem SMS od mojej siostry. Czy możesz kupić bułeczki z wieprzowiną w Chinatown? Dzięki. Z tym miałem misję; kupić bułeczki z wieprzowiną, sfotografować Tripa i zobaczyć, czy ten stary aparat da radę.
Pierwszą rzeczą, którą zauważyłem, była jakość wykonania. Wykonany z metalu i plastiku, Trip 35 jest solidny, ale nigdy ciężki; lekki, ale nigdy kruchy. Jedynym rozczarowującym aspektem aparatu jest pokrętło przewijania filmu. Ten plastikowy mechanizm, przypominający te z aparatów jednorazowych, można wybaczyć, pamiętając, że Trip został stworzony jako aparat konsumencki.
Patrząc przez wizjer, widać jasne linie kadrowania z zaznaczeniami zarówno dla ujęć bliskich, jak i krajobrazowych. To przydatne, biorąc pod uwagę brak automatycznej korekcji paralaksy w Tripie. Po korzystaniu z luksusowych dalmierzy Leica, Nikon i Contax, słynących z jasności i klarowności, wizjer Tripa przewyższa większość z nich. Jego względna prostota to miła odmiana od zagraconych i przesadnie skomplikowanych wizjerów innych aparatów. Trip 35 ma też małe okienko w prawym dolnym rogu wizjera (pieszczotliwie nazywane "Okienkiem Judasza" przez wyznawców Tripa 35), które pokazuje zarówno wybraną przysłonę, jak i ustawienie ekspozycji aparatu.
Do tej pory wszystko dobrze. Ale jak miałem ustawić ostrość? Szybko zdałem sobie sprawę, że Trip to aparat z ustawianiem ostrości na podstawie skali, co nie jest idealne dla precyzji. Ale zanim zacząłem czuć się, jakby Olympus zostawił mnie samego i bezbronnego, zauważyłem, że byli na tyle uprzejmi, by dostarczyć kilka praktycznych narzędzi do mierzenia odległości. Ustawienia na obiektywie pokazują obraz osoby dla portretów, dwie osoby dla zdjęć dwóch osób, trzy osoby dla zdjęć grupowych oraz symbol góry dla wszystkiego, co jest w oddali, włącznie z górami. Przestałem hiperwentylować i zdałem sobie sprawę, że dla aparatu typu point-and-shoot to więcej niż wystarczające. A dla wszystkich pedantów Olympus dołączył też precyzyjne pomiary odległości, zarówno w metrach, jak i stopach, na dole obiektywu. Uff.
Po zrobieniu zdjęcia Trip zaczął błyszczeć i mogłem łatwo skupić się na tym, co w fotografii najważniejsze: kompozycji. Od pierwszej klatki zacząłem radośnie strzelać do wszystkiego, na co miałem ochotę, choć nie wiedziałem, jakie wartości przysłony i czasów naświetlania wybiera Trip 35. Szczerze mówiąc, nie obchodziło mnie to. Jedyną rzeczą, która mnie interesowała, było znalezienie różnych kątów, nowych sposobów zabawy ze światłem i uchwycenie unikalnego uroku Chinatown. Miałem przeczucie, że z każdą klatką Trip coraz bardziej rozpuszczał mój fotograficzny blok i chciałem dalej strzelać.
Tak więc mały Olympus i ja tańczyliśmy po kolorowym krajobrazie Chinatown, radośnie robiąc zdjęcia. To zdecydowanie była najzabawniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem z aparatem. Choć popołudniowe ciepło uderzało mnie w ramiona, a pot spływał mi po czole, Trip 35 i ja biegaliśmy po mieście bez żadnych zmartwień. Ulice zaprowadziły nas do drzwi parującej chińskiej restauracji, potem do sterty parujących bułeczek z wieprzowiną, a potem z powrotem
do równie parującego wnętrza mojego samochodu. Nie obchodziła mnie długość podróży ani ilość płynów, które straciłem w tej fali upałów. Wyglądało na to, że wypociłem blokadę aparatu i pobiegłem do domu, by dostarczyć bułeczki i wywołać film.
Ale coś mnie niepokoiło w aparacie przez całą drogę do domu: problem z ostrością. Czy dobrze ustawiłem ostrość na wszystkich zdjęciach? Jak mogłem ufać tym oznaczeniom? Jak mógłbym żyć bez pomocy w ustawianiu ostrości? Niepokój zaczął się pojawiać ponownie i musiałem powstrzymać się przed pędzeniem do laboratorium fotograficznego, by uspokoić swoje obawy. Mocno chwyciłem kierownicę i powiedziałem sobie, że muszę zaufać Tripowi. Poza tym, miałem jeszcze pracę do wykonania. Te bułeczki z wieprzowiną same się nie dostarczą.
Po dostarczeniu i zjedzeniu tych bułeczek z moją zadowoloną siostrą, postanowiłem wywołać i zeskanować film. Moje obawy były częściowo uzasadnione. Niektóre zdjęcia, szczególnie te z bliskimi obiektami lub ciemnymi scenami, wyszły rozmyte z powodu połączenia mojego złego oszacowania odległości i natury systemów ekspozycji i ustawiania ostrości Tripa. Chociaż Trip automatycznie pomaga uzyskać ostry obraz, wybierając mniejszą przysłonę dla większej głębi ostrości, jest to możliwe tylko przy jasnym świetle. W miarę jak robi się ciemniej, możliwość fotografowania z mniejszą przysłoną szybko zanika. W takich sytuacjach naprawdę trudno jest uzyskać prawidłową ostrość. Małym tego skutkiem jest to, że fotografowie lubiący portrety i te słodkie kule bokeh prawdopodobnie będą rozczarowani tym aparatem.
Ale oczekiwanie kremowego bokeh i wydajności na krótkim dystansie od Trip 35 (lub większości aparatów point-and-shoot) jest jak oczekiwanie, że Honda Civic z 93 roku pokona Teslę Model S. Po prostu się nie zdarzy, a próba doprowadzi do frustracji. Ale podobnie jak ta Honda, jeśli potraktujesz Trip 35 jako niezawodną maszynę do okazjonalnych spacerów, nigdy cię nie zawiedzie. Trip 35 potrafi wiele, ale musimy uważać, by rozpoznać i uszanować jej własne ograniczenia.
Kiedy ustawimy ostrość dobrze, fantastyczny obiektyw Zuiko 40 mm F/2,8 Tripa w pełni to rekompensuje. Obiektyw to Tessar z przednim ustawianiem ostrości, co oznacza, że jest bardzo prosty i bardzo ostry, zachowując tę ostrość od krawędzi do krawędzi bez aberracji chromatycznej, aberracji sferycznej czy jakichkolwiek zniekształceń dzięki swojej prostej formule optycznej i mistrzowskiemu wykonaniu Olympusa. Jakość obiektywu przewyższyła nawet ograniczenia przeterminowanej kliszy i dała mi wspaniałe rezultaty.
Dla kogo ten aparat jest najbardziej odpowiedni? Przede wszystkim Trip 35 może być idealnym aparatem dla okazjonalnego fotografa. Olympus stworzył ten aparat, by dokumentować codzienne przygody każdego, i Trip robi to doskonale. A dla doświadczonych fotografów Trip 35 może być świetnym sposobem na uwolnienie się od fotograficznego bloku lub wprowadzenie do naszych zdjęć trochę zabawy i beztroski. Kładzie nacisk na sztukę kompozycji zamiast na zimne kalkulacje ekspozycji, ale co ważniejsze, przypomina nam, by się zrelaksować, zjeść bułeczkę z wieprzowiną i nie brać wszystkiego zbyt poważnie.
Chcesz wypróbować Olympus Trip 35 osobiście? - Na pewno mamy go na stanie, napisz do nas, @camerashopbcn
